《Sto ukrytych pragnień》12
Advertisement
Wysiadłam z pociągu, gdy słońce dopiero wschodziło. Jechałam całą noc, by jeszcze przed południem dotrzeć do nowego miejsca pracy i zamieszkania. Wzięłam swoje dwie wielkie walizki i ruszyłam w drogę. Od stajni nie dzieliło mnie wiele, więc przeszłam się pieszo asfaltową drogą.
Drzewa rosły po obu jej stronach, ich chłodny cień przyjemnie mieszał się z promieniami słońca, przebijającymi się przez zielone listki, gdy docierały do mojej skóry.
Było we mnie więcej życia niż przez ostatnich kilka miesięcy. Ten koszmarny czas wciąż był bardzo blisko, jednak czułam, że w nowym otoczeniu powoli ode mnie odejdzie.
Tutaj pragnęłam poczuć się wolną, a wiedziałam, że otoczenie natury pomoże mi odzyskać spokój i przynajmniej częściowo pogodę ducha.
Gdy wspięłam się na wzgórze, gdzie wiatr śpiewał znacznie głośniej, dostrzegłam w dolinie przede mną pastwisko pełne koni. Były jak małe kropki, niezdarnie namalowane pędzlem przez dziecko, w różnych kolorach. Na prawo od nich znajdowała się duża stajnia, z której ktoś właśnie wychodził, pchając taczkę. Była ona połączona z jeszcze jednym sporym budynkiem, a za nimi stała drewniana stodoła.
Przystanęłam na chwilę, by móc nacieszyć oko tym widokiem. Powietrze było tu o wiele bardziej przejrzyste niż w mieście, gdzie trułam się codziennie. Widok rozciągał się daleko na kilka kilometrów. Wiatr zawiał mocniej, zakrywając mi twarz włosami. Odgarnęłam je wolną ręką. Było tu tak cicho i spokojnie, zabudowania oddalone od siebie sporymi obszarami łąki. W oddali na lewo w porannych promieniach słońca połyskiwała woda w rzece. Wszystko wyglądało jak z obrazka pokrytego kurzem, który wisiał w kuchni u mojej matki.
Tę chwilę błogości przerwał warkot silnika przejeżdżającej obok furgonetki. Stare auto, którego lakier już dawno stracił połysk a czerwony kolor można było dostrzec tylko tam, gdzie nie było błota i pyłu, zatrzymał się obok mnie. Boczna szyba opadła z żałosnym stękiem. Przez okno wychyliła się młoda, pulchna twarz otoczona blond włosami i pokryta piegami od nadmiernego przebywania na słońcu.
- Ty jesteś Veronica? Ta nowa do pracy w stajni pana José González ? - spytała z szerokim uśmiechem, wyjmując papierosa z ust.
Pokiwałam głową i chciałam coś powiedzieć, ale nawet nie zdążyłam otworzyć ust.
- Wsiadaj, podwiozę cię, pracuję tam - wsadziła głowę z powrotem do środka i czekała aż się ruszę z miejsca.
Wzięłam swoje walizki i podeszłam do drzwi od strony pasażera.
- Nie, nie, nie - zaczęła krzyczeć i wymachiwać rękami, gdy chwyciłam za klamkę - musisz wskoczyć na pakę, tu są kozy - zaśmiała się, pokazując na siedzenie przed sobą.
Zajrzałam do środka, przez uchyloną szybę. Na potarganym fotelu siedziała biała koza, na podłodze stała mniejsza od niej, cała brązowa z oklapniętymi uszami.
Nic nie mówiąc, wrzuciłam swoje walizki na pakę i sama na nią wskoczyłam. Było tam pełno siana, ale nie przeszkadzało mi to. Spojrzałam na niebieskie niebo, gdy dziewczyna ruszyła. Chmury, białe jak płatki śniegu, układały się w przeróżne kształty, jednak nie mogłam patrzeć na nie długo, bo odbijające się od nich światło oślepiało mnie. Wzięłam w palce trochę siana i zaczęłam się nim bawić, urywając kawałek po kawałku. Z małej kupki obok mnie wygramolił się tłusty, owłosiony pająk. Szybko przesunęłam się w przeciwległy kąt i od tamtej pory obserwowałam go bez przerwy, nie mogąc stracić go z oczu, by przypadkiem nie zechciał się na mnie wdrapać.
Gdy zaczęłyśmy zjeżdżać ze wzgórza, stara furgonetka osiągnęła prędkość, która w jej stanie nie była najbezpieczniejszym posunięciem. Nierówności wybijały koła w górę za każdym razem, a kozy beczały z poddenerwowania. W końcu straciłam pająka z oczu i gdy nieco zwolniłyśmy, zaczęłam go desperacko szukać.
Zatrzymałyśmy się gwałtownie, a mój ośmionożny towarzysz podróży wyleciał spod kupki siana i uderzył małym całkiem o blaszany bok paki, po czym w pośpiechu wszedł w jedną ze szczelin.
Advertisement
- Wybacz, że musiałaś tu siedzieć, ale nie przewidywałam zabierać nikogo ze sobą. Pani González od kilku miesięcy mówiła mężowi o tym, że chciałaby mieć kozy. On już nie mógł tego znieść, więc powiedział, że jak chce, to będzie je mieć. No i kazał mi dziś rano wziąć tego starego grata i kupić te dwie kozy w mieście - wyjaśniła mi z szerokim uśmiechem na twarzy, pomagając wyciągnąć walizki.
- Nic nie szkodzi, całkiem przyjemnie się jechało - odparłam grzecznie, uśmiechając się uprzejmie.
- Przyjemnie się jechało! A to ci dopiero. Ten stary grat ledwo wytrzymuje na tych dziurskach, a ona mówi, że przyjemnie się jechało! - wybuchnęła gromkim śmiechem.
- Jestem Juana, przez te cholerne kozy zapomniałam się nawet przedstawić - wytarła dłoń w spodnie i wyciągnęła ją w moją stronę.
Ścisnęłam ją, uśmiechając się.
- Pomożesz mi z tymi kozami, zostaw te walizki, ktoś ci je zaraz wniesie na górę. Tam są nasze pokoje, zaraz nad stajnią - pokazała na poddasze budynku przed nami - strasznie tam gorąco teraz. A będzie jeszcze gorzej, jak przyjdzie sierpień, ale da się przyzwyczaić. Śpimy zazwyczaj przy otwartych drzwiach, żeby słyszeć zwierzęta pod nami. Pan José trzyma tu źrebne klacze i chce, żeby cały czas ktoś czuwał, czasem sam sypia w jednym z boksów, ale to rzadko się zdarza, bo pani González ciągle mu mówi, że przez to będzie miał problemy z nerkami. On nie chce jej słuchać, bo uważa, że dobro koni jest o wiele ważniejsze...
- Juana! Ileż można na ciebie czekać? Połowa boksów jeszcze nawet nie ruszona, a Henry zasuwa od świtu. A kogóż my tu mamy? - dziewczyna uśmiechnęła się szeroko, podpierając boki.
Była chuda jak patyk, znacznie chudsza ode mnie czy Juany, miała ciemne włosy do pasa, spięte w gruby warkocz. Buzia była czerwona od wysiłku, ale w oczach promieniała radość.
- To jest nasza nowa towarzyszka pracy i długich letnich nocy - Juana oparła się ręką o moje ramię.
- Veronica - podałam jej rękę.
Uścinęła ją mocno, żywo nią potrząsając.
- Elizabeth. Najgłośniejsza w całej dolinie - zaśmiała się, podnosząc głos jeszcze o kilka dźwięków.
- To prawda, to babsko ciągle na kogoś krzyczy. Ale nie mamy teraz czasu na miłe pogawędki, kozy się same nie zaprowadzą do zagrody. Liza, zawołaj Henrego, żeby zaniósł jej walizki na górę, inaczej zaraz będą całe brudne - zarządziła Juana i otworzyła drzwi furgonetki, łapiąc za dwa sznurki, by kozy nie uciekły.
- Trzymaj tę małą, tylko nie odchodź z nią za daleko, bo ta duża da mi za to popalić, to jej dziecko - podała mi sznurek, na którym szła mniejsza brązowa koza.
Elizabeth zniknęła, poszła szukać Henrego, a my udałyśmy się do małej zagrody za stajnią, gdzie wpuściłyśmy kozy.
-Przynieś im trochę siana z któregoś z boksów od koni, muszą się czymś zająć, a ja przestawię tę cholerną furgonetkę, bo w tym słońcu zaraz trafi ją szlag.
Juana zniknęła za rogiem, a jej wesołe pogwizdywanie towarzyszyło mi jeszcze przez chwilę, gdy weszłam do stajni. Murowany budynek dawał przyjemny chłód. Wszystkie boksy były już puste, ale tylko kilka po prawej stronie zostało wyczyszczonych. Zajrzałam do jednego z nich i zabrałam połowę siana.
- Hej! Zostaw to siano, dopiero je tam wyłożyłem! - krzyknął ktoś za mną i podbiegł kilka kroków, tłukąc drewnianymi obcasami o murowaną posadzkę stajni.
Odwróciłam się. Stał przede mną mężczyzna, który nie mógł mieć więcej niż trzydzieści lat. Pojedyncze kosmyki czarnych włosów wystawały spod słomianego kapelusza, pot spływał mu po czole. Czarne buty do kolan pokryte były żółtym pyłem a podeszwy obficie obklejone błotem ze słomą.
- Przepraszam, Juana kazała mi wziąć trochę siana ze stajni, żeby dać je kozom - wyjąkałam i zdmuchnęłam włosy z twarzy.
Advertisement
- My tu nie mamy kóz - skrzyżował ręce na piersi i spojrzał na mnie podejrzliwie.
- Właśnie, że macie. Juana kupiła je dziś rano na polecenie pana González - wytłumaczyłam szybko.
- Kim ty w ogóle jesteś, nie znam cię.
- Jestem Veronica, będę tu pracować do końca września, pan González potrzebował dodatkowej pary rąk na czas letni, a ja potrzebowałam pracy, więc...
- A! Tak, tak, wspominał coś o kimś nowym. Cóż, w takim razie miło poznać, jestem Henry - podał mi rękę, a ja niezdarnie chwyciłam ją, by nie wypuścić siana.
- Jak wrócisz od tych kóz, idź do José, jest przed domem, pewnie chciałby cię widzieć.
Henry wydał mi się bardzo miłym człowiekiem, który jednak nie za bardzo przepadał za towarzystwem innych ludzi. Obejście miał raczej chłodne i zdystansowane, przynajmniej takie robił wrażenie.
Zaniosłam kozom siano i poszłam porozmawiać z panem González. Omówiłam z nim kwestię moich nowych obowiązków i sposobu pracy. Potem Juana pomogła Henry'emu w sprzątaniu boksów, a Elizabeth pokazała mi moje łóżko w dużym pokoju na poddaszu stajni. Warunki były raczej surowe, ale nie było na co narzekać.
O dziewiątej wszyscy razem zasiedliśmy do śniadania. Pani González podała nam chleb z masłem, konfitury własnej roboty i świeże mleko z rannego udoju. Przedstawiłam się kilku innym osobom, ale głowie Juana i Elizabeth chciały mojej uwagi.
Henry siedział na końcu stołu, milcząc i jedząc w spokoju, co jakiś czas spoglądałam w jego stronę, ale nie podniósł wzroku znad talerza z wyjątkiem tych kilku chwil, gdy pan González o coś go pytał.
- Juano, w pokoju są cztery łóżka, ktoś jeszcze z nami mieszka? - zapytałam, odstawiając kubek z mlekiem.
- O tak! Jest jeszcze Retty, ale wróci dopiero jutro na kolację. Pojechała do domu, żeby wyjaśnić sobie kilka spraw ze swoim narzeczonym. To strasznie zazdrosny typ i gdy w zeszłym tygodniu przyjechał tu, żeby ją odwiedzić i zobaczył jak Retty rzucała się sianem z Henrym, strasznie się pokłócili. Więc Retty poprosiła panią González, by mogła wrócić na kilka dni do domu - wyjaśniła mi z buzią pełną chleba.
- Juano, masz konfitury na policzku - zaśmiała się Elizabeth i starła czerwoną plamę z jej tłustego policzka, oblizując palec.
Po śniadaniu Henry zaniósł moje walizki na górę, przebrałam się w stare jeansy i białą, cienką bluzkę, żeby nie było mi w niej gorąca. Juana pożyczyła mi swoje kalosze i powiedziała, że w sobotę pojedziemy do miasta, żebym też sobie kupiłam jakieś buty do pracy. Do piętnastej sprzątałyśmy stajnię, wymieniłyśmy wodę w poilde na pastwisku i zaniosłyśmy worki z owsem do komórki za domem.
Potem zjadłam obiad z całą resztą. Juana nalała mi trochę miodu, który w zeszłym roku zrobił Henry.
- Jak zjemy to do osiemnastej mamy czas wolny, więc możemy się przejść, pokażę ci okolicę - uśmiechnęła się szeroko, ocierając twarz z odrobiny tłuszczu.
Chodząc po polach, słuchałam historii Juany. Opowiadała mi o swojej rodzinie i o tym, jak znalazła się w stajni pana González. Miała szóstkę rodzeństwa, dwie młodsze siostry i czterech starszych braci. Matka wychowywała ich najlepiej jak potrafiła i zajmowała się domem, ojciec popijał trochę, ale nie robił tym nikomu krzywdy a przy tym zawsze potrafił znaleźć sobie jakieś płatne zajęcie.
- Może nie jest najlepszym ojcem, ale kocha nas, tylko chyba nie do końca radzi sobie z tym wszystkim. Kiedyś był wojskowym, ale wyrzucili go, nigdy mi nie powiedział dlaczego. Matka mówi, że od tego czasu zaczął pić, żeby tyle o tym nie myśleć - powiedziała, gniotąc w ręku źdźbło trawy.
Potem opowiedziała mi o tym, jak spotkała panią González kiedyś na targu niedaleko swojego domu i tam zaproponowano jej pracę w stajni.
- Więc się zgodziłam i za tydzień byłam na miejscu. Tak tu sobie pomieszkuję od dwóch lat. Tylko ja, Elizabeth i Henry zostajemy tu na zimę, reszta osób zatrudnia się sezonowo, gdy kończy się lato, nie ma tu zbyt wiele do roboty. Czasem siedzimy cały dzień przed kominkiem i zajmujemy się czymś mało istotnym, żeby zabić czas - zaśmiała się wesoło i kopnęła kamyk przed sobą.
- Ale lubię ten czas. Mogę wtedy do woli podziwiać Henry'ego. Jest takim przystojnym mężczyzną. Ale on nigdy nie zwróci na mnie uwagi, nie jestem aż tak naiwna - westchnęła.
- Dlaczego tak sądzisz?
- A to ci dopiero! - parsknęła gromkim śmiechem - No spójrz tylko na mnie! Kto by chciał za żonę taką niezgrabną słonicę! Nie myśl sobie, że mi moja tusza przeszkadza, bo w ogóle się tym nie martwię, ale wiem, że tacy mężczyźni jak Henry wolą kobiety takie jak ty czy Elizabeth.
Juana nie grzeszyła urodą, miała nieregularne rysy, duży nos i małe ciemne oczy. Nie nazwałabym jej grubą, ale kilka zbędnych kilogramów falowało przy każdym stawianym przez nią kroku. Grube blond włosy zazwyczaj spinała w niechlujny kucyk. Jednak jej usposobienie było tak wspaniałe, pełne radości i ciepła, biło od niej tyle życia i pozytywnej energii, że nie sposób było jej nie polubić.
Czerwiec szybko minął, dni stawały się coraz cieplejsze a słońce uciążliwe, gdy było w zenicie. Codziennie wykonywałam te same czynności, rano wstawałam pierwsza i budziłam innych, szłam nakarmić kury, Henry i Juana karmili konie, potem wstawała Elizabeth i całą czwórką wypuszczaliśmy wszystkie czterdzieści dwa konie i zabieraliśmy się sprzątanie stajni.
W pewne piątkowe popołudnie, gdy Juana i Elizabeth pomagały pani González w malowaniu kuchni, a pan José pojechał z pozostałą piątka pracowników do miasta, by odpocząć i zorientować się, czego najbardziej będą potrzebować ludzie na sobotnim targu, siedzieliśmy z Henrym na trawie, czyszcząc siodła.
- Myślałam, że pan González hoduje konie tylko dla samej hodowli, nie wiedziałam, że organizuje rajdy - powiedziałam do Henry'ego, który w ciszy wcierał smar w skórę, patrząc przed siebie na pastwisko.
- Zawsze z początkiem lipca przyjeżdża tu dużo ludzi, wynajmują pokoje w mieście a u nas spędzają swoje popołudnia. Zazwyczaj ja i pan José zabieramy ich na przejażdżki, czasem Juana nam towarzyszy, ale kiepski z niej jeździec - zaśmiał się poczciwie i spojrzał na mnie, mrużąc oczy od słońca.
- Gdy byłam mała, jeździłam konno. Wujek mówił, że radziłam sobie całkiem nieźle, ale to było dawno - wzruszyłam ramionami i odwróciłam siodło, by wyczyścić ławy.
- Chciałabyś spróbować? - zapytał po chwili milczenia, patrząc na mnie z uśmiechem.
- Myślisz, że mogłabym?
- Jasne, dlaczego nie. Sądzę, że pan José ucieszyłby się, gdybyś jeździła z nami zamiast Juany. Chodź, dokończymy to potem - wstał i podał mi rękę, by pomóc mi wstać.
Schowaliśmy siodła do siodlarni, żeby nie zniszczyły się na słońcu i poszliśmy na pastwisko po konia. Henry wyraźnie się rozpromienił, zmotywowany innym działaniem niż rutynowe obowiązki. Jego twarz pokrywały zmarszczki, które pogłębiały się przy każdym uśmiechu.
- To Laroshe - powiedział, głaskając gniadą klacz, która zaczęła obwąchiwać jego kieszenie.
- Jest tutaj najspokojniejsza i zawsze jeżdżą na niej dzieci, więc myślę, że powinnyście się dogadać - zapiął uwiąz do kantara i podał mi go, a nasze palce zaplątały się na chwilę, wprowadzając ciszę i zakłopotanie.
***
Nie wiedziałam, dlaczego w tak ważnym momencie, gdy stałam przed Peter'em, chcąc powiedzieć mu wszystko, przypomniałam sobie moje początki pobytu u pana González i Henry'ego. Być może po prostu podświadomie musiałam przywołać jakieś miłe wspomnienie w obliczu czekającej mnie tragedii.
Złapałam Peter'a za dłonie, myśląc, że mógł być to ostatni raz, gdy go dotykałam. Głaskałam jego skórę, chcąc zapamiętać jak najwięcej. Och, on musiał mi przebaczyć! Nie mogłam go stracić, nie po tym wszystkim, co przeszłam. Tak bardzo się bałam, że moje szczęście zniknie a najdroższy memu sercu mężczyzna zacznie mną gardzić.
Och, jak bardzo pragnęłam poczuć wtedy chłód swojego grobu, poczuć lepką ziemię na policzkach, która zasłoniłaby mi świat nade mną. Gdybym wtedy umarła, być może ktoś chociaż składałby kwiaty przy nagrobku, nie znając moich przewinień. Peter nie gardziłby mną, a jego serce byłoby pełne żalu po stracie zamiast pełne nienawiści.
Och, słodki Boże, pomóż mi, błagam pomóż mi, bo nie zniosę już dłużej samej siebie! Chciałam mu wszystko powiedzieć, uzyskać rozgrzeszenie, jednak strach znów brał nade mną górę, a tchórzliwa cząstka duszy, kazała milczeć.
Ale było już za późno. Wsadziłam palec w ogień i miał mnie on pochłonąć już całą, boleśnie paląc moje ciało żywcem, bym poczuła, co to znaczy cierpieć. Bym poniosła należytą karę.
Advertisement
- In Serial8 Chapters
Covenant Sinners: The Origin of a Demon Queen
Demon-slayer knight Hector Aeronwen became an enemy of all humankind after saving a dying half-demon girl out of pity. Little did he know, his impulsive action had forever changed the course of the world and the fates of many. This is the story about Hector's desperate quest and the beginning of the demoness whose destiny is to shake the world to its very foundation. Author's note: At the risk of spoiling too much of this story, I want to reveal a bit about the core idea behind this work of fiction. I set out with the idea to write a story in the perspective of the second in command of a demon lord, which then would be followed up with large scale kingdom buildings and warring states. But then I asked myself: what past do they have between them for the Demon Lord to have so much faith in her second in command, and for him to be so loyal to such a horrible being? So this is my attempt at writing the origin of those two, who, while hated by all races in the world, still have each other as the only confidant to entrust their life to. If you are like me and want to see where this premise, with a vague destination in mind, will lead to, please have a read and give me your valued feedback!
8 90 - In Serial9 Chapters
Breaking Hell
Tasked by a mysterious voice to journey to the centre of Hell, Jayson and his companions battle through the floating island of Pandaemonia in the infamous Hellbreaker tournament. But with dark secrets haunting them, and the stirrings of war between Heaven and Hell, their bloodthirsty competitors are the least of their worries. If you like shonen anime, I hope you'll love this story. If you enjoy reading Breaking Hell and wish to support: You can REVIEW the story right here on RoyalRoad. You can VOTE for Breaking Hell at TopWebFiction. (v cont'd below v) You can SUPPORT the author via Patreon. You can FOLLOW the story on Wordpress for advance chapters, art, and more. You can WATCH the author's art streams on Twitch. Thanks! ~david Jayson Agonistes: Breaking Hell is a serial action fantasy by David Whitechapel which follows a team of adventurers as they face off against demons, magic and monsters on the floating islands of TreArkh.
8 96 - In Serial8 Chapters
Jenpo: Journey's End
A grandfather tells his grandson his life story. There have been Poets and Bards across the lands that have sought his tale, but his words are for his grandson's ears alone. From great loss to inspiring triumphs, the old man weaves a chronicle that has orchestrated the fall and rise of empires... An Asian Fantasy Epic for those who love martial arts and Eastern philosophies.
8 85 - In Serial50 Chapters
Spirit Realm
https://www.wuxiaworld.com/novel/spirit-realmThis novel is not mine nor translated by me. For offline reading purposes only. All credits and acknowledgements goes to the author and the translator(s).Official Synopsis: Thirty thousand years ago, the Heaven Fighting Race who called themselves "Gods" invaded Spirit Realm. Hundreds of races rose up in resistance, but ultimately suffered a crushing defeat. The human race was the first to concede, and the rest of the Hundred Races soon followed in succession.During the subsequent ten thousand years, all of the races were enslaved by the Heaven Fighting Race. They were cruelly treated, and lived beneath the shadow of terror.The Heaven Fighting Race's march of conquest did not stop there. With Spirit Realm as the starting point, they invaded other secret dimensions, and spread war to all corners of existence. After greatly exhausting their combat strength, they were finally defeated by the Hundred Races who took advantage of this opportunity. With no other choice, they fled to the starry skies outside the realm.Thirty thousand years later, in an era where the Heaven Fighting Race has already faded to become ancient legend, an amnesiac youth possessing the Heaven Fighting Race's bloodline is being fostered in an insignificant household. Whilst struggling to live on, he silently awaits the day of the bloodline's awakening.SR Team: alyschu, Craxuan, wyhcwe, Nabuch
8 206 - In Serial6 Chapters
Emissaries - A Kai Side Story
After the Qua-Toynian sovereign's bold and audacious statements spread like wildfire across the country, the Takamori administration pondered on exploring the truth behind this and using the data to raise morale in the trying times brought by the transference. Among others commissioned by the government to investigate the validity of the aforementioned statements, a group of scientists set out to explore the new world, unaware that their mission would have them rediscover previously untold stories and uncomfortable truths buried underneath thousands of years of earth. This is a gaiden (side story) of the Summoning Japan (Nihonkoku Shoukan/日本國召喚) fanfiction "Summoning Our Country - NHS Kai".
8 190 - In Serial11 Chapters
Of Sheep & Sisters (Tales of the Axe Book 2)
The indominatable Fraker the Axe returns! This time in the company of his older sister, this collection of short stories set in the fantasy Six Worlds of Shtar is a tongue in cheek look at what a great hero gets up to in between the times of legends and when prophecy isn't really telling him what to do. From a kitten and a rosebush, to a civil war, Fraker stumbles from one "adventure" to the next, never quite comfortable with the world outside the battlefield he was bred for. (This work is currently unfinished and will updated infrequently)
8 90

